Chiny nadal przymusowo wycinają organy więźniom i sprzedają je – wynika z raportu opracowanego przez niezależną komisję. Przez chiński rynek transplantacyjny każdego roku przepływa około miliarda dolarów.

Od dziesięcioleci pojawiają się pytania dotyczące narządów z Chin. Uważało się bowiem, że pochodzą one z ciał więźniów skazanych na egzekucje. Pomimo twierdzeń Chin, że takie praktyki zaprzestano, Trybunał ds. Grabieży Organów – w skład którego wchodzą prawnicy, eksperci ds. praw człowieka i chirurdzy – ogłosił, że proceder nie ustaje.

Udowodniono, że tak wielu ludzi zginęło okropną śmiercią bez powodu i inni też mogą w ten sposób cierpieć – powiedział prokurator Geoffrey Nice, który w przeszłości prowadził dochodzenie ws. zbrodni na terenach dawnej Jugosławii. Nie ma dowodów na to, że ta praktyka została przerwana – dodał.

Każdego dnia w Chinach dla narządów zabijane są dziesiątki osób, przede wszystkich zwolennicy represjonowanego ruchu Falun Gong, ale też Chrześcijanie, Tybetańczycy, Ujgurzy. Szacuje się, że dokonywanych jest tam 60-100 tys. przeszczepów rocznie, o wiele więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Chińczycy zarabiają na tym miliardy dolarów – opowiadają w rozmowie z Wirtualną Polską David Matas i David Kilgour, kanadyjscy obrońcy praw człowieka, którzy od ponad 10 lat zajmują się grabieżą organów w Państwie Środka.

WP: Proceder grabieży organów od więźniów politycznych w Chinach badacie od ponad dekady. Jakie były okoliczności i wasza motywacja, kiedy podejmowaliście decyzje, by zaangażować się w tę dramatyczną sprawę?

David Matas: – W moim przypadku był to splot różnych powodów. Przede wszystkim zawodowo zajmuję się prawami człowieka i prowadziłem inne, podobne śledztwa. Wiedziałem, że ciężko było oczekiwać od mediów, organizacji pozarządowych czy polityków, że zrobią coś w tej sprawie, ponieważ wymagała ona ogromnej pracy dochodzeniowej. Z doświadczeń swojej kariery oraz historii Holokaustu wiem, że jeśli łamane są prawa człowieka, ludzie muszą o tym głośno mówić i protestować. Wiedziałem, że z powodu represji w Chinach, nie jest to możliwe na miejscu, trzeba to robić poza Chinami. Kiedy zaczynałem swoją pracę, nie wiedziałem, czy te oskarżenia są prawdziwe – moim celem było ustalenie, co naprawdę się tam dzieje. Kiedy odkryliśmy prawdę, musieliśmy działać dalej, by zatrzymać ten proceder.

David Kilgour:– Przez dwa lata byłem sekretarzem stanu Kanady ds. Azji i Pacyfiku i wtedy zgłosili się do mnie przedstawiciele społeczności Falun Gong. Byłem w Chinach kilka razy, ale przyznaje, że nie podnosiłem tego problemu wystarczająco stanowczo, choć czułem w kościach, że dzieje się tam coś strasznego. Byłem jednak oficjalnym przedstawicielem kanadyjskich władz, więc miałem związane ręce. Lecz kiedy w 2006 roku zdecydowałem, by nie startować w kolejnych wyborach, i zostałem poproszony o zajęcie się tą sprawą, sumienie nakazywało mi, żeby się jej podjąć. Minęło dziesięć lat i ciągle się tym zajmujemy. Podkreślam przy tym, że robimy to nieodpłatnie i nie jesteśmy praktykującymi członkami ruchu Falun Gong, choć mamy ogromny szacunek do tej społeczności.

WP: Kiedy chińskie władze zaczęły na masową skalę pobierać organy od więźniów sumienia?

DK: – Falun Gong jest zakazane i represjonowane od 1999 roku, ale grabież organów rozpoczęto dwa lata później i trwa to do dziś. Nie znaleźliśmy żadnych dowodów na ten proceder przed 2001 rokiem.

WP: Dlaczego właśnie w tym czasie?

DM: – Myślę, że zdecydowała o tym kombinacja kilku czynników. Jednym z nich było przejście z socjalizmu państwowego do kapitalizmu, co skutkowało tym, że rząd zmniejszył fundusze dla systemu opieki zdrowotnej, który w rezultacie musiał znaleźć alternatywne źródła finansowania. Drugim najważniejszym czynnikiem były masowe aresztowania członków Falun Gong. Ich bliscy nie wiedzieli, co się z nimi dzieje i gdzie trafiają, więc była to grupa, w którą łatwo było uderzyć i stanowiła niewyczerpane źródło organów. Poza tym system był na to przygotowany, bo już wcześniej organy pobierano od więźniów skazanych na śmierć.

DK: – Kobieta, której udało się wydostać z jednego z chińskich więzień, opowiadała mi, że spotykała tam praktykujących Falun Gong, którzy odmawiali podawania swojej tożsamości, bo chcieli chronić swoje rodziny i przyjaciół. Więc tatuowano im na ramieniu czterocyfrowy numer. Przypomina to panu coś?

WP: A zwykli Chińczycy mają w ogóle łatwy dostęp do przeszczepów, czy jest to przywilej jedynie dla bogaczy i przedstawicieli partii?

DK: – Dla ludzi mieszkających w Chinach narządy rzeczywiście są tańsze, ale wciąż kosztują bardzo wiele pieniędzy. Znaleźliśmy w Chinach szpitale, które podają ceny przeszczepów, ale większość jednak negocjuje ich koszt.

DM: – Można powiedzieć, że w Chinach to bogaci dostają organy, a biedni są ich dostarczycielami. Tam nie ma powszechnego systemu opieki zdrowotnej, usługi medyczne są realizowane nie w zależności od potrzeb, ale posiadanej gotówki.

WP: A co z obcokrajowcami? Turystyka transplantacyjna jest mocno promowana przez Chińczyków, tylko czy zagraniczni pacjenci zdają sobie sprawę, skąd pochodzą przeszczepy?

DM: – Powinni, ale wielu ludzi w Chinach i poza nimi świadomie odwraca wzrok. Poza tym cały system jest ukryty za parawanem. Jedynymi osobami, które mogą zobaczyć na własne oczy, co się dzieje, to strażnicy w więzieniach. Ale oni przecież niczego nie ujawnią. Inni widzą tylko zwłoki albo organy, niekoniecznie wiedząc, do kogo należały. Żadne dokumenty nie są dostępne, a na pewno dla nikogo z zewnątrz. Tak czy inaczej, lekarze powinni informować pacjentów, którzy potrzebują przeszczepu, że jeśli udadzą się do Chin, to ktoś może zginąć, żeby oni mogli dostać organ. To się jednak nie dzieje. Proszę mi wierzyć, że liczba pacjentów, którzy byliby gotowi pogodzić się zabójstwem zdrowej osoby, by oni sami mogli żyć dłużej, byłaby stosunkowo niewielka.

czytaj dalej wywiad na portalu wp.pl


Print Friendly, PDF & Email

Czas Męczenników

Redakcja: Waldemar Estera Skworcz-Bednarscy (Żniwo wprawdzie wielkie,ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na żniwo swoje. Ewangelia Łukasza)

3 komentarze do “Rynek śmierci: jak Chiny pobierają organy od zamordowanych więźniów sumienia

  • 2 czerwca 2020 o 22:22
    Permalink

    W ekskluzywnej restauracji serwują zupę z płodów które uzyskują z aborcji. Ten świat oszalał! Przyjdzie Nam płacić wielką cenę za te zbrodnie ! Boże Miej Miłosierdzie dla Nas.

    Odpowiedz
  • 2 czerwca 2020 o 22:23
    Permalink

    Tak sie zlozylo ze od pewnego czasu pracuje z kilkoma osobami z Chin ,Kambodzy i Wietnamu ,gdybym przeczytala to kilka miesiecy temu , nie wiem czy uwierzylabym w to ,…teraz im blizej poznaje mentalnosc tych ludzi wiem jedno …zero szacunku dla.zycia .

    Odpowiedz
  • 2 czerwca 2020 o 22:25
    Permalink

    Wanda Trojnacka – Nam również ciężko było przyjąć jako fakt te informacje. Podobnie wieści o torturach i mordach dokonywanych na chrześcijanach oraz innych wyznaniach. Jednak po bliższym zapoznaniu się z tym tematem, oraz biorąc pod uwagę, że w ostatnich miesiącach poznaliśmy wiele osób które w tych krajach pracują jako wolontariusze, czy to świeccy ,czy wierzący, nie mogliśmy przejść obok tych bulwersujących spraw obojętnie, dlatego utworzyliśmy ten serwis. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz

Twój komentarz lub modlitwa za prześladowany Kościół

KANAŁ NA FACEBOOKU

SuperWebTricks Loading...

Privacy Policy and Terms & Conditions

%d bloggers like this: